Trochę zawaliłam, czyli małe podsumowanie miesiąca. #5

Witajcie kochani~! :D


To już piąty miesiąc istnienia tego bloga! Wow, ak ten czas leci. Już ponad 150 dni piszę dla was moje recenzje i pogadanki. :3

Cieszę się, że ktokolwiek czyta jeszcze moje wypociny! :P
Serio, to dla mnie sukces. 

Podsumowanie:


*Piąty miesiąc przyniósł mi tylko 900 wyświetleń bloga.  Jest to sporo mniej niż ostatnio, to głównie wina tego, że nie miałam czasu by się nim zajmować. 
Screen robiony 28.10,
teraz jest ok. 150 wyświetleń więcej.

Hańba! 
Nie masz czasu na bloga, żołnierzu?!
Obiecuję poprawę! 
Ale i tak dziękuję wam bardzo, że tak chętnie odwiedzacie mojego bloga, czytacie go, komentujecie i wspieracie. :)


*Do mojej małej armii wiernych obserwatorów dołączyła w tym miesiącu 1 osoba, przez co łącznie mamy tu 38 obserwatorów. Dziękuję tej jednej mordeczce za przyłączenie się do brygady powoli podbijającej Internety Mniejsze! :)

*Jeszcze raz dziękuję wam za obserwacje, za zaglądanie na tego bloga i za wasze wszystkie komentarze. Jesteście wspaniali kochani. <3

*W tym miesiącu przybyły tu tylko 4 nowe posty, 5 jeśliby liczyć też ten. Daje to łączny wynik 52 postów, licząc ten będzie ich 53 (na screenie jest 58, bo mam jeszcze kilka postów do skończenia).


*Napisałam w tym czasie 2 recenzje:
- 1 książkową
- 1 filmową

Odnośniki do recenzji:


Skoro oficjalną część mamy za sobą to czas na moje małe paplando. :P
Zacznę może od tego, że spraaaaaaaaasznie was przepraszam kochani. Zaniedbałam w tym miesiącu bloga okropnie. Nie miałam specjalnie czasu by się nim dobrze zająć i jest mi z tego powodu głupio. Jak człowiek się do czegoś zobowiązuje to wypadałoby się tego trzymać prawda? 
A tu klops, czasu na bloga brak. Chciałam wstawiać choć jeden post na tydzień, a i to mi nie wyszło. Nie mówiąc już o moim małym postanowieniu - wyzwaniu bibliotecznym. Coś czuję, że zawalę to na całej linii. Drugi miesiąc szkoły minął, a ja mam skończone niecałe 6 książek. 
BIEDA. 
Albo biorę się zaczytanie, chociażby cieńszych pozycji albo mogę się z wyzwaniem pożegnać. Ale będę próbować, bo nic mi nie szkodzi. Próbować zawsze mogę, prawda?
Dobra koniec użalania się! Trzeba się brać do roboty!
Jak do końca tego długiego weekendu nie przeczytam PLO to możecie mnie molestować o niego. Muszę skończyć!
MUSZĘ!
Postaram się też jak najszybciej pokończyć wszystkie zaczęte recenzje, a jak widzicie screen, kilka ich jest. Są totalnie rozgrzebane, więc muszę je poskładać do kupy.
Ogólnie muszę poskładać się do kupy i wziąć do roboty. Wypadałoby zająć się bardziej tym blogiem. Miałam wstawiać też inne posty, na przykład te bardziej artystyczne.
I co?
Klops. Muszę się za to wziąć.

A teraz mam dla was ciekawostkę, która mnie niezle ostatnio rozbawiła. :)
Wchodzę sobie od niechcenia w zakładkę "statystyki". Często patrzę tam po prostu ilość wyświetleń. Ale tym razem z czystej ciekawości zajrzałam w zakładkę "zródła ruchu sieciowego". I znalazłam tego oto kwiatka:


Moją pierwszą reakcją było "WAAAAAT, jak ktoś mnie znalazł po wpisaniu takiego randomowego zbitka liter?". Zasięgnęłam więc rady Wujka Google, bo kompletnie nie wiedziałam co o tym myśleć i zaczęłam się śmiać. No tak, to przecież cytat z "Pana Lodowego Ogrodu:
"- Sofista z ciebie.
- Co to: "sjofh ystad"?- To słowo z mojego kraju. Oznacza tego, kto kłamie, nie kłamiąc. Kto wygina słowa jak wierzbowe gałęzie, byle wyszło na jego. Nie dostaniesz nawet siekańca za takie rady."



Więc takim oto sposobem dowiedziałam się, że można znalezć mój blog po tym cytacie. :P
Fajnie, co nie?
Więc to taka ciekawostka na dziś.

I chyba tym akcentem skończę tę pogadankę, nie wiem czy przekazałam wam już wszystko. Mam nadzieję, że o niczym nie zapomniałam. W razie pytań zadawajcie je w komentarzach, na wszystkie odpowiem.
Dziękuję wszystkim, którym udało się dotrzeć do samego końca tego paplanda. Macie ode mnie wirtualne ciastko! :D
Czytaj dalej...

22. "Doktor Strange" - Neurochirurg czaruje. ;)

Witajcie kochani!

Tak, to w końcu jest recenzja! 
Po wielu próbach w końcu coś dodaję. W końcu wypadałoby, co?
Jak zawsze, chciałabym was serdecznie przeprosić za tak wolne dodawanie recenzji, ale:
a) nie mam czasu
b) prawie nic nie czytam
c) nie mam życia
Więc baaaaardzo przepraszam z tak małą aktywność z mojej strony! Jak najbardziej obiecuję poprawę w następnym miesiącu. c:
W zakładce "Robocze" siedzi już chyba z 5 recenzji, wypadałoby coś z nimi zrobić...
No, ale nic!
Zapraszam na Doktorka! :D
Uwaga na malutkie spoilery!


Tytuł polski: "Doktor Strange"
Tytuł oryginalny: "Doctor Strange"

Gatunek: Fantasy, Przygodowy
Rok produkcji: 2016
Kraj produkcji: Stany Zjednoczone
Czas trwania: 115 minut
Reżyseria: Scott Derrickson
Scenariusz: Scott Derrickson, C. Robert Cargill
Obsada: Benedict Cumberbatch, Chiwetel Ejiofor, Rachel McAdams, Benedict Wong, Michael Stuhlbarg, Benjamin Bratt, Scott Adkins, Mads Mikkelsen, Tilda Swinton


"Marvel Studios przedstawia film „Doktor Strange” opowiadający historię światowej sławy neurochirurga, dr Stephena Strange’a, którego życie odmienił tragiczny wypadek samochodowy, odbierając mu sprawność w rękach. Kiedy tradycyjna medycyna zawiodła, w poszukiwaniu uzdrowienia i nadziei, Strange trafia do tajemniczej samotni zwanej Kamar-Taj. Tam szybko orientuje się, że nie jest to jedynie ośrodek kuracyjny, ale przede wszystkim miejsce walki z niewidzialnymi, mrocznymi siłami dążącymi do zniszczenia naszej rzeczywistości. Wkrótce – uzbrojony w nowo nabytą magiczną moc – zmuszony będzie wybierać pomiędzy powrotem do dawnego życia w bogactwie i sławie, a próbą obrony świata jako najpotężniejszy czarodziej w historii."

Czytaj dalej...

21. "Dziady" - Adam Mickiewicz - Lektura na wesoło czy na poważnie?

Witajcie kochani~!

Przepraszam kochani, że recenzje ukazują się tak powoli. ;-;

Do tej zbierałam chyba z dwa tygodnie! Nawet zdążyliśmy już w szkole to omówić!
Więc z góry przepraszam i proszę o wybaczenie!

Jakiś czas temu pytałam się was czy wstawiać na bloga również recenzje lektur szkolnych, bo w sumie też książka, prawda? Odpowiedz była jednogłośna (bo od jednej osoby ;-;), a brzmiała ona tak:

"(...) A w odpowiedzi na pytanie z początku - chętnie bym poczytała także Twoje opinie o lekturach ;) Nie wierzę, że hejty będą dominować ;)" A więc dzisiejszą recenzję dedykuję Aleksandrze, która chciała poznać moją opinię o lekturach. :)
Pozdrawiam cię serdecznie, kochana. :)

Ale, ale!
Zapowiadałam, że nie będzie to zwykła recenzja. 

Dlaczego? 
Bo będzie to recenzja całych "Dziadów" i do tego będzie chyba najdłuższym postem na tym blogu. :)
A do tego jakim szczegółowym! Idealna powtórka na maturę, według mnie. :P
Więc zapraszam! :D

Tytuł polski: "Dziady" 
Autor: Adam Mickiewicz
Wydawnictwo: Wydawnictwo GREG
Ilość stron: 289
Rok wydania: cz. II - 1823, cz. IV - 1823,  cz. III - 1832, cz. I - 1860
Okładka: miękka

Wyzwanie biblioteczne:
 4/30

"Dziady Adama Mickiewicza to powstały na przełomie kilkunastu lat dramat romantyczny, który stanowi bodaj najlepszy przykład tego gatunku literackiego i przez wielu badaczy twórczości wieszcza zwany jest "arcydramatem".

Część II : Podczas obrzędu dziadów wywoływane są duchy niemogące zaznać spokoju z powodu grzechów popełnionych za życia.
Część III : Trwa proces studentów - filomatów. Wileńskie więzienie jest pełne młodych ludzi, którzy otwarcie przyznają się do tego, że są Polakami. Jeden z nich, Konrad, staje się wcieleniem niepodległości własnej ojczyzny. Nadchodzą niespodziewane wydarzenia, w których ważną rolę odegrają siły pozaziemskie, a na ziemi po raz kolejny zetrą się szatan i Bóg.
Część IV : Do unickiego księdza przychodzi pustelnik. Mówi chaotycznie, śpiewa, zachowuje się ogólnie rzecz biorąc dziwnie. Ksiądz poznaje że to jego uczeń Gustaw. Wtedy pustelnik skarży mu się że ksiądz kazał mu wierzyć w ideały oświecenia i rozum."

Czytaj dalej...

Świdkon - Niewielki konwent z duszą.

Witajcie mordeczki~! ^^

Jak zwykle, jestem spózniona z jakimś postem! Czas, czas, potrzebuję więcej czasu! Czemu ten weekend nie może mieć jednego dnia dłużej?
Ta relacja leży tu już 2 tygodnie!
Naprawdę, czemu aż tak nie mam czasu? Już 4 posty leżą w zakładce "wersje robocze" i wesoło sobie tam kisną. :c
No, ale nic! W końcu mogę przysiąść do relacji z konwentu, na którym byłam już 5 raz z rzędu. O czym mowa?
O Świdkonie!




Mapunia <3
Świdkon jest to konwent organizowany co roku, od 9 lat, w okolicy końca września, a początku pazdziernika w Świdniku, mieście znajdującym się koło Lublina. Lublin już raczej kojarzycie, co? :)
Konwent odbywa się albo w Miejskim Ośrodku Kultury albo na terenie Gimnazjum nr 3 im. Noblistów Polskich. Zazwyczaj ma jakiś temat przewodni/hasło, pod którym jest organizowany.

W tym roku byłam już na Świdkonie 5 rok z rzędu, więc mogę już spokojnie powiedzieć, że jestem stałym bywalcem tego oto konwentu. Tym razem, ku mojemu niezadowoleniu (o czym wspomnę potem), konwent odbywał się w gimnazjum, od 23 września do 25 września. Tematem przewodnim tegorocznego Świdkonu były Igrzyska.
A co to oznacza?
Już mówię i objaśniam. :)
Przed samym konwentem drogą mailową można było zgłosić swoją drużynę (składającą się z bodajże 6 osób) do tych właśnie Igrzysk. Igrzyska polegały na graniu w różne gry, których nie wymienię, bo nie brałam w tym udziału i po prostu nie wiem. Drużyny rywalizowały ze sobą o medale (+ nagrody dodatkowe jak książki czy gry) oraz nagrodę główną jaką był Puchar Igrzysk.
Z tego co pamiętam drużyn było pięć:
- Muchomorki
- Team Ciemnogród
- Piaski i przyjaciele
- F(x)  (- moi faworyci od nazwy xD)
- Atomowcy


Tu macie opis od organizatorów:

"Tegoroczny Świdkon to nastawione na rywalizacje Igrzyska Fantastyczne. Podczas imprezy, uczestnicy zmierzą się się w szeregu konkurencji ujętych w pięciu dyscyplinach igrzysk:

– Grach bitewnych
– Grach planszowych
– Grach konsolowych
– Grach karcianych
– Konkurencjach ogólno fantastycznych

W każdej z dyscyplin znajdą się najbardziej popularne gry oraz najbardziej znane konwentowe konkurencje, w których każdy może powalczyć o złoty medal.

Puchar Igrzysk Świdkonu

Każdy klub fantastyki lub dowolna grupa 6 osób, może stanąć do boju o Puchar Igrzysk Świdkonu. Wystarczy zgłosić chęć uczestnictwa na tydzień przed konwentem po przez zamieszczony na stronie formularz, a następnie stanąć w szranki w konwentowych turniejach i konkursach, oznaczonych jako „Konkurencje Igrzysk”. Może to właśnie twoja drużyna sięgnie po Puchar?"

Tu podsyłam wam jeszcze profesjonalny screen programu konwentu, bo moje zdjęcia są niewyrazne. :P

Pierwszego dnia, czyli w piątek, przyszłam na teren konwentu około godziny 17, bo tak pozwoliła mi szkoła (o jakiejś 16 wróciłam do domu!). Akredytacja i te sprawy przeszły jak zwykle szybko, kolejek na szczęście nie było. O tej godzinie było jeszcze niewiele osób, właściwe i oficjalne otwarcie miało być o godzinie 18, więc niewiele osób kręciło się po terenie konwentu.
Czekałam też na moją koleżankę (pozdrawiam Zuzę! :D), która miała przyjść chwilę pózniej. W czasie czekania spotkałam kilka znajomych mi osób, czy to z obecnej szkoły czy z starego gimnazjum. Przez to moje chodzenie po całym konwencie nawiązała się też dość ciekawa sytuacja.
Jaka?
Już tłumaczę. :P

Historia o tym jak w 15 minut być "fejmem".
Jako, że już 5 rok idę na Świdkon to co roku przypinam sobie do plecaka, z którym idę na konwent, plakietki z ksywką, bo fajnie to wygląda i wiem, że ich po prostu nie zgubię mając je wszystkie pod ręką. Trochę jak takie trofea, co? :)
I w tym roku wyposażyłam się w mój sznurek imienników wesoło brzęczących przy plecaku. Miałam ich 5 + jedną plakietkę z Dni Świdnika, bo miała sznureczek, na którym wieszałam resztę moich plakietek. W tym roku na karteczce imiennej było napisane "uczestnik". Więc dlaczego mam plakietkę "Gość"?
I tu zaczyna się moja historia. :)


Gdy czekałam na Zuzę, usiadłam sobie niedaleko akredytacji, przy stoliczku. Wyjęłam sobie książkę (PLO <3), karteczkę z plakietki i cienkopis. Bo przecież imiennik nie może być taki pusty! Więc zaczęłam sobie go ozdabiać, patrząc jednocześnie jak wyglądają moje poprzednie. Więc plecak stał na stoliku na wysokości mojego wzroku bym mogła na niego zerkać. I wtedy podszedł do mnie pewien pan (przepraszam wszystkich, których imion/ksywek nie pamiętam! Jest dwa tygodnie po konwencie, mam prawo zapomnieć. ;-;), który zaczął się "jarać" moimi plakietkami. :P
Serio. :P
Bo "łaaaaa, jakiee faaajne" i pyta czy może sobie ich cyknąć focię. Ja lekko zdziwiona zgadzam się. Jak wiadomo konwenty rządzą się własnymi prawami, więc nie powinno mnie to dziwić. Ale potem podszedł do nas kolejny pan. Jak się okazało, pan organizator, którego kojarzę z MOKu, jak chodziłam tam kiedyś na zajęcia plastyczne. I ku mojemu większemu zdziwieniu on też "jarał się" plakietkami, patrząc czy jest tam taka, od której zaczął organizować Świdkony. I jest, pierwsza na moim łańcuszku. I tak oto pogadaliśmy chwilę, zostałam nazwana "weteranem Świdkonu" i pan organizator skoczył do akredytacji by po chwili wrócić i wręczyć mi z uśmiechem na ustach plakietkę z napisem "gość". Jak się potem dowiedziałam, taką plakietkę miało tylko kilka osób, nie więcej niż 10.
Więc jest feeeeejm.


Zanim przyszła moja koleżanka rozglądałam się jeszcze po sklepikach, czego odmówić sobie nie mogłam. Po prostu uwielbiam oglądać stoiska konwentowe! Zawsze można na nich znalezć coś genialnego. Gadżety konwentowe zawsze są niezwykłe. Spójrzcie chociaż na ten kubek - jest prześwietny! :D


I, jak ja to mówię, sprzedałam duszę na loterii.
A co wygrałam?
Przypinkę!
 Tyle, że nie mam jej zdjęcia. :C
Ale mam dowód na istnienie przypinki!



Więc spędziłam trochę czasu przy stoiskach oglądając te ślicznotki i rozmawiając z różnymi ludzmi. Bo w konwentach właśnie fajne jest to, że możesz podejść do jakiejkolwiek osoby i z nią pogadać, a nie wezmie cię za dziwnego człowieka. Nie to co na ulicy. Na ulicy wszyscy patrzą na ciebie nienawistnym wzrokiem. Tu możesz pogadać z każdym i to jest fajne. :)
Naprawdę.
Tu macie dowód.
(Pozdrawiam panią z pluszowym Poro! Miło się gadało. :) I genialny Poro <3)

Więc pierwszy dzień zleciał na gadaniu z ludzmi i graniu z Zuzą w różne gry "bez prądu". I tu kilka wam pokażę. :)

Jengi raczej nikomu przedstawiać nie muszę, raczej każdy to zna. Ale jeśli nie to:

"Jenga – zręcznościowo-umysłowa gra towarzyska.
Z drewnianej wieży, gracze kolejno usuwają z budowli dowolny klocek poniżej skończonego poziomu i układają go na górze. Przegrywa osoba, która wyciągając klocek, przewróci wieżę.
Gra przeznaczona dla dowolnej liczby osób. Została stworzona przez Leslie Scotta, a opatentowana przez Parker Brothers (Hasbro)."
Źródło: Wikipedia



Ale nie grałyśmy w zwykłą Jengę, urozmaiciłyśmy ją o wyzwania dla przegranych. Pierwsza kara - 10 przysiadów, druga kara - zaśpiewanie piosenki, trzecia kara(moja ulubiona :P) - udawanie kurczaka. Na Zuzy nieszczęście (przepraszam! :V) jestem potworem w Jengę, chyba jeszcze nigdy nie przegrałam. :>
Więc zabawa była przednia, jak to w Jengę.

Następną grą za jaką się zabrałyśmy były Dobble, zwane przeze mnie Dobbleskami.

"W Dobble można grać na klika sposobów. W zasadach można znaleźć pięć mini-gier. Najpopularniejszą jest wersja, w której wszystkie karty rozdaje się graczom, a jedną z kart kładzie na środku stołu. Na dany sygnał gracze patrzą na pierwszą kartę z góry, którą trzymają w ręku i szukają wspólnego symbolu z kartą, która leży na stole. Symbol nazywają głośno i szybko kładą swoją kartę na stole, przykrywając starą kartę. Teraz każdy z graczy musi znaleźć wspólny symbol z nową kartą! Wygrywa ten, kto pierwszy pozbędzie się kart.
Aby utrudnić zabawę symbole na kartach bywają odwrócone i miewają inne rozmiary. Same karty są okrągłe i pełne kolorowych ilustracji roślin, postaci i przedmiotów, a każda z nich jest unikalna i łączy się z innymi kartami jednym i tylko jednym symbolem."
Źródło: REBEL.pl

Gra ta, mimo że bardzo prosta, jest nawet wymagająca (głowa po tym boli!) i bardzo zabawna. W większym gronie osób można się uśmiać. :)


Rozegrałyśmy też kilka partyjek w większym gronie w Jungle Speed. To jedna z najboleśniejszych gier w jakie grałam. :P

"Gra, w której liczy się zręczność, spostrzegawczość i szybkość. Każdy z graczy dostaje karty, których musi się pozbyć podczas gry – aby to zrobić, trzeba w odpowiednim momencie złapać drewniany "totem". Jeśli gracz złapie go w złym momencie, albo w ogóle tego nie zrobi - będzie musiał wziąć karty od swoich przeciwników."
Żródło: REBEL.pl

Brzmi prosto? A nie jest! :D
W Jungle Speedzie dowiadujesz się dopiero, kto jest twoim prawdziwym przyjacielem. :P

Kolejną i ostatnią już na ten dzień grą był Karaluszek Kłamczuszek. Nazwa gry jest przegenialna moim zdaniem. :P

"Szalona gra imprezowa, w której Twoim zadaniem jest oszukanie innych graczy.
W trakcie rozgrywki gracze przekazują między sobą zakryte karty - informując jednocześnie co znajduje się na danej karcie - np. Żaba. Nie muszą jednak mówić prawdy, a osoba, która otrzymała kartę może spróbować zgadywać czy graczy blefuje lub podejrzeć ją i samemu zablefować do następnej osoby (np. z pokerową miną stwierdzając, że to nie Żaba tylko Skorpion).
Wolisz blefować czy zgadywać? Ty wybierasz! Dowiedz się jak dobrymi kłamcami są Twoi znajomi."
Żródło: REBEL.pl

Gra jest prześmieszna, nawet w dwie osoby. :P



Byłyśmy też na panelu o niecodziennych motywach fantastycznych, który był całkiem fajny i, co najważniejsze, przezabawny. :)
Ekipa pozytywnie zakręconych i śmieszne filmiki z motywami fantasy to mieszanka wybuchowa. :)

Więc tak prezentował się pierwszy dzień konwenty. Nie poszłam tego dnia na żadną inną prelekcję czy wykłady, bo po pierwsze nie miałam aż tyle czasu, a po drugie za dobrze bawiłyśmy się z Zuzą. :)
Więc wróciłyśmy do domu dosyć wcześnie, bo chyba po 21.


Drugi dzień rozpoczął się okropną ulewą. Mimo pogody wsiadłam na rower i podjechałam na przystanek autobusowy odebrać moją przyjaciółkę (Sareł <3), którą w końcu udało mi się wyciągnąć z domu. Ten mały hobbit prawie w ogóle nie wychodzi! Chwilę potem doszła do nas Zuza i już we trzy poszłyśmy w okropnym deszczu na konwent. Niestety, nie zauważyłam jak zamokły mi plakietki i dwie z nich trochę się zniszczyły. Rozlały się na nich tak jakby cienkopisy, ale już w domu udało mi się je odratować. :)

A deszcz towarzyszył nam za każdym razem, gdy gdzieś wychodziłyśmy.
Serio.
Chcesz wyjść do sklepu po coś do jedzenia?
Deszcz!
Wracasz na konwent, siadasz przy stoliku i jesz, a tu co?
Słońce razi cię w oczy!
NO KURCZE.

Pierwsze co zrobiłyśmy po przyjściu (oprócz zdjęcia przemoczonych kurtek) to poszłyśmy na panel o superbohaterach. Bo tak. Bo kocham. <3
Były to, według mnie, dwie miło spędzone godzinki na gadaniu o filmach, serialach i komiksach. Dzięki temu, w wolnych chwilach próbuję oglądać Constantina, którego serdecznie wam polecam. :)
Resztę konwentu spędziłyśmy grając w gry. Ponownie Jenga i Dobble oraz coś nowego.

"Stanie na jednej nodze, trzymanie karty na głowie, czy też mówienie z zaciśniętymi zębami to tylko kilka ze straszliwych kar będących konsekwencją ściągnięcia na siebie gniewu Mrocznego Władcy. Nie wychylaj się! Popchnij kumpla, a przy odrobinie szczęścia Mroczny Pan skupi swój gniew na nim.

Kragmortha jest przerażająco zabawną grą planszową dla 2 do 8 osób. Zakradnij się do biblioteki Rigora Mortisa i zobacz, czy uda Ci się położyć łapska na jednej z jego ksiąg. Strzeż się jednak! Mroczny Władca także przechadza się między regałami, szukając komponentów do nowych zaklęć."
Żródło: REBEL.pl


Jeśli mam być szczera to chyba najlepsza gra w jaką grałam! 
Naprawdę!
Uśmiałyśmy się przy tym z dziewczynami jak głupie. :D
Kupa zabawy w dobrym gronie, mnóstwo śmiechu i można się zasiedzieć! 
Serio, miałam wracać po 16 do domu, a wywlekłyśmy się gdzieś koło 20, a do domu trafiłam dopiero po 22. :P

Po jakże zabawnych partiach Kragmorhta poszłyśmy (z kubkami z herbatą :D) okupywać sklepiki konwentowe. I tu nie obyło się bez śmiechów i chichów. 
Zuza, pięknie ci w brodzie wikinga. XD

Sara stała się pełnoprawnym hobbitem z pierścieniem, a ja zostałam Wiedzminem.
Bo tak. 
Bo mogę.
Bo kocham.


Tak jak wspominałam na początku - w tym roku Świdkon odbywał się w szkole, tak jak mój pierwszy Świdkon, na którym byłam. Szczerze, jest to dla mnie sporym minusem. Wolę te konwenty, które odbywają się w MOKu. Dlaczego? Bo wszystko wydaje się tam być bardziej ogarnięte, są udostępniane dwie duże sale kinowe, wszystkie piętra MOKu i hol - cały dla planszówek. Nie wiem, może to kwestia gustu, ale bardziej podobały mi się pod tym względem poprzednie Świdkony.

Więc tak prezentował się w tym roku Świdkon z mojej perspektywy. Nie jest to wielki konwent, zrzesza maksymalnie 300 osób, ale jak dla mnie jest naprawdę fajny. Chodzę co roku od pięciu lat i nie narzekam. :)
Więc i w następnym roku możecie się spodziewać podsumowania ode mnie. :)


Czytaj dalej...

Wyjście z domu najlepszą decyzją życia.

Witajcie kochani~! ^^

Wybaczcie, że ostatnio nic nie piszę. Mam istne urwanie głowy, tak jak wspominałam wcześniej. Mnóstwo nieskończonych postów leży w zakładce "Wersje robocze", a ja nie mam kiedy ich skończyć. :C
Ale nie martwcie się!
W ten weekend powinna wlecieć albo jedna z zaplanowanych przeze mnie recenzji albo podsumowanie konwentu, na którym byłam jakieś dwa tygodnie temu. :P

Wiecie jak cudownym uczuciem jest wrócenie do domu w piątek po 13 i pózniejsze wyjście z domu?
Brzmi to może śmiesznie, ale ostatnio nie mam nawet czasu wyjść z domu o tak o, bez powodu. Zazwyczaj wychodzę tylko po to by dotrzeć do szkoły i wyjść z psem na spacer.
Masakra, nie?
Ale jak to mówią, cieszyć trzeba się z nawet małych rzeczy, bo i one mogą sprowadzać uśmiech na nasze twarze. I tym sposobem chciałabym opowiedzieć wam o dość ciekawej sytuacji jaka mnie ostatnio spotkała. :)

W piątek 30 września udało mi się wcześniej skończyć lekcje, bo o 12:20, co jest ogromnym sukcesem patrząc na to, że byłam w domu po 13 zamiast koło 16.
Wiecie ile to jest czasu?
DUŻO.



I takim oto sposobem wróciłam do domu, przez co miałam trochę czasu dla siebie (w końcu!). Do tego, po powrocie rodziców do domu, mama zaproponowała mi bym pojechała z nimi do sklepu. Na początku nie miałam zamiaru jechać, niespecjalnie lubię bieganie po sklepach. Ale potem stwierdziłam, że trzeba się na chwilę wyrwać. Niby zwykłe, głupie wyjście na zakupy, a jednak trochę smaku wolności. Jako, że pojechaliśmy do sporej galerii handlowej to i sklepów było dużo, dzięki czemu mogłam zaopatrzyć się w kilka potrzebnych mi rzeczy - w kredki.
Tak, kredki.

Ostatnio zauważyłam, że moja ulubiona czerwona kredka niedługo osiągnie stan "nie do użytku", będzie za krótka by móc nią spokojnie rysować. A ma już poniżej 7 cm. Więc stwierdziłam, że wypadałoby zaopatrzyć się w nową, tak na zapas.

I takim oto sposobem trafiłam d sklepu plastycznego, gdzie mogę kupić pojedyncze kredki, na sztuki. Stojąc przed półką pełną błyszczących przyborów wybrałam dwa interesujące mnie kolory:
- Koh-I-Noor Mondeluz: 21 Blue Green
- Koh-I-Noor Mondeluz: 47 Scarlet Red
Są to kredki akwarelowe, więc można powiedzieć, że dwa w jednym. :)


Jestem troszkę rozczarowana tym czerwonym. Myślałam, że będzie wpadał bardziej w ciemny róż i będzie zimniejszy, lecz wpada bardziej w pomarańcz. Nie jest to duży problem dla mnie, aczkolwiek wolałabym bardziej chłodny, podchodzący pod różowy (ale nie różany!) kolor.
(Przepraszam wszystkich panów, dla was czerwony to czerwony i tyle. :P)
No, ale nie jest zle, bo czerwonej kredki i tak potrzebuję. Najwyżej zaopatrzę się w następną. :P
(I skończę jak z zielonymi i niebieskimi - zielonych - 10, niebieskich - 13 - i zapchanym piórnikiem.)

Za to ten morski wywołał na mojej twarzy spory uśmiech. Dokładnie takiego koloru kiedyś szukałam, jest wręcz idealny. Pasuje mi do takiego mojego ulubionego turkusu, przez co będę mogła nim cieniować. <3

Przy okazji zaopatrzyłam się jeszcze taką oto w gąbeczkę firmy Milan. Szczerze, nie wiem jak to inaczej nazwać. To jest gąbeczka i tyle.
Cytując producenta:
"Pędzel nr 1 seria 1321. Czarna gąbka (HA! Jednak gąbeczka! :P) 25 mm. Przeznaczona do gruntowania w malarstwie akwarelowym, do osuszania powierzchni, nakładania środków i drukowania (gesso). Zalecana do technik ręcznych tj.: malowanie na jedwabiu, decoupage, batik, prace na drewnie. Krótki, nielakierowany trzonek. 2 rozmiary: 25 i 50 mm."
Przydatna rzecz, więc w końcu się w to wyposażyłam. Patrząc, że dużo ostatnio robię rysunków w akwareli to nada się on idealnie. :)


A tu macie dowody na to, że AŻ tak to się nie lenię i w wolnej chwili coś mażę farbkami. :)




Od lewej:
- Widoczek, który dostała moja mama (pozdrawiam mamę! :D).
- Syrenek Mike dla mojej przyjaciółki (pozdrawiam Kankę! :D)
- Challenge od koleżanki (a tu nie pozdrawiam, bo tego nie czyta XD)

Do tego, jeśli mi się oczywiście uda, dostaniecie oddzielny post. :)
Ale główną rzeczą, dla której piszę ten post jest książka.
I to nie byle jaka książka. Książka przed duże "K"!
Aleosochosi?
Już mówię i objaśniam. :)
Tak jak wspominałam - wybrałam się na zakupy. Sklep Auchan raczej większość osób kojarzy (to wcale nie jest reklama :V), więc nie muszę przedstawiać. Jako, że nie lubię robić typowych zakupów, czyli obchodzić wszystkie regały wokół z każdej strony to, za pozwoleniem rodziców, poszłam sobie na mój ulubiony dział - książeczki. I jak to ja, kręciłam się tu i ówdzie szukając ciekawych pozycji, hasałam między półeczkami jak sarenka po lesie.

"I tam, wśród książek wielu i promocji, 
shitu strasznego  i wspaniałości, 
leżał on, Sherlock wspaniały, 
przeze mnie tak od dawna wyczekiwany."

I tak oto stałam się szczęśliwą posiadaczką tej oto pięknej cegły. C:
Miałam zamiar kupić ją na następnych Targach Książki w Warszawie (na które może w następnym roku pojadę! :D), bo koleżanka wspominała mi (Nika <3), że można dorwać to tomiszcze za jakieś 35 zł.
TANIO.
A w Auchan dorwałam to również za 35 zł.
Żyć, nie umierać. <3

Ale czekaj, Xarciu! Dlaczego na zdjęciu są dwa "Sherlocki"? Rozdwojenie? Pączkowanie? Mitoza? Czy co?
Gdy ujrzałam to piękniusie cudo musiałam podzielić się chociaż zdjęciem z moją przyjaciółką (Kanke <3), która również polowała na to cudeńko. I takim sposobem musiałam wracać się do sklepu po drugi tomik, desperacko szukając resztek oszczędności. :)

Więc już nie ma wymówki, że nie mam swojego "Sherlocka"~!
Przeczytam go!
Na pewno!
Jak będę mieć czas!
Czyli za x^n czasu!
Bo aż wstyd mi, że nigdy nie udało mi się za niego nigdy zabrać. :P



A najciekawsze w tym wszystkim jest to, że wyszłam z domu tylko na jakieś 2-3 godzinki, a "udało" mi się już przeziębić. :P
No człowiek pech po prostu. :P
Tylko ja tak potrafię, co? :D

A wy jak radzicie sobie z codziennymi obowiązkami? 
Znajdujecie choć trochę czasu na czytanie czy też zwykły spacer? :)

Do następnego~! 


Czytaj dalej...
Zamknieta w pozytywce © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka