Świdkon 2016 - Niewielki konwent z duszą.

Witajcie mordeczki~! ^^

Jak zwykle, jestem spózniona z jakimś postem! Czas, czas, potrzebuję więcej czasu! Czemu ten weekend nie może mieć jednego dnia dłużej?
Ta relacja leży tu już 2 tygodnie!
Naprawdę, czemu aż tak nie mam czasu? Już 4 posty leżą w zakładce "wersje robocze" i wesoło sobie tam kisną. :c
No, ale nic! W końcu mogę przysiąść do relacji z konwentu, na którym byłam już 5 raz z rzędu. O czym mowa?
O Świdkonie!




Mapunia <3
Świdkon jest to konwent organizowany co roku, od 9 lat, w okolicy końca września, a początku pazdziernika w Świdniku, mieście znajdującym się koło Lublina. Lublin już raczej kojarzycie, co? :)
Konwent odbywa się albo w Miejskim Ośrodku Kultury albo na terenie Gimnazjum nr 3 im. Noblistów Polskich. Zazwyczaj ma jakiś temat przewodni/hasło, pod którym jest organizowany.

W tym roku byłam już na Świdkonie 5 rok z rzędu, więc mogę już spokojnie powiedzieć, że jestem stałym bywalcem tego oto konwentu. Tym razem, ku mojemu niezadowoleniu (o czym wspomnę potem), konwent odbywał się w gimnazjum, od 23 września do 25 września. Tematem przewodnim tegorocznego Świdkonu były Igrzyska.
A co to oznacza?
Już mówię i objaśniam. :)
Przed samym konwentem drogą mailową można było zgłosić swoją drużynę (składającą się z bodajże 6 osób) do tych właśnie Igrzysk. Igrzyska polegały na graniu w różne gry, których nie wymienię, bo nie brałam w tym udziału i po prostu nie wiem. Drużyny rywalizowały ze sobą o medale (+ nagrody dodatkowe jak książki czy gry) oraz nagrodę główną jaką był Puchar Igrzysk.
Z tego co pamiętam drużyn było pięć:
- Muchomorki
- Team Ciemnogród
- Piaski i przyjaciele
- F(x)  (- moi faworyci od nazwy xD)
- Atomowcy


Tu macie opis od organizatorów:

"Tegoroczny Świdkon to nastawione na rywalizacje Igrzyska Fantastyczne. Podczas imprezy, uczestnicy zmierzą się się w szeregu konkurencji ujętych w pięciu dyscyplinach igrzysk:

– Grach bitewnych
– Grach planszowych
– Grach konsolowych
– Grach karcianych
– Konkurencjach ogólno fantastycznych

W każdej z dyscyplin znajdą się najbardziej popularne gry oraz najbardziej znane konwentowe konkurencje, w których każdy może powalczyć o złoty medal.

Puchar Igrzysk Świdkonu

Każdy klub fantastyki lub dowolna grupa 6 osób, może stanąć do boju o Puchar Igrzysk Świdkonu. Wystarczy zgłosić chęć uczestnictwa na tydzień przed konwentem po przez zamieszczony na stronie formularz, a następnie stanąć w szranki w konwentowych turniejach i konkursach, oznaczonych jako „Konkurencje Igrzysk”. Może to właśnie twoja drużyna sięgnie po Puchar?"

Tu podsyłam wam jeszcze profesjonalny screen programu konwentu, bo moje zdjęcia są niewyrazne. :P

Pierwszego dnia, czyli w piątek, przyszłam na teren konwentu około godziny 17, bo tak pozwoliła mi szkoła (o jakiejś 16 wróciłam do domu!). Akredytacja i te sprawy przeszły jak zwykle szybko, kolejek na szczęście nie było. O tej godzinie było jeszcze niewiele osób, właściwe i oficjalne otwarcie miało być o godzinie 18, więc niewiele osób kręciło się po terenie konwentu.
Czekałam też na moją koleżankę (pozdrawiam Zuzę! :D), która miała przyjść chwilę pózniej. W czasie czekania spotkałam kilka znajomych mi osób, czy to z obecnej szkoły czy z starego gimnazjum. Przez to moje chodzenie po całym konwencie nawiązała się też dość ciekawa sytuacja.
Jaka?
Już tłumaczę. :P

Historia o tym jak w 15 minut być "fejmem".
Jako, że już 5 rok idę na Świdkon to co roku przypinam sobie do plecaka, z którym idę na konwent, plakietki z ksywką, bo fajnie to wygląda i wiem, że ich po prostu nie zgubię mając je wszystkie pod ręką. Trochę jak takie trofea, co? :)
I w tym roku wyposażyłam się w mój sznurek imienników wesoło brzęczących przy plecaku. Miałam ich 5 + jedną plakietkę z Dni Świdnika, bo miała sznureczek, na którym wieszałam resztę moich plakietek. W tym roku na karteczce imiennej było napisane "uczestnik". Więc dlaczego mam plakietkę "Gość"?
I tu zaczyna się moja historia. :)


Gdy czekałam na Zuzę, usiadłam sobie niedaleko akredytacji, przy stoliczku. Wyjęłam sobie książkę (PLO <3), karteczkę z plakietki i cienkopis. Bo przecież imiennik nie może być taki pusty! Więc zaczęłam sobie go ozdabiać, patrząc jednocześnie jak wyglądają moje poprzednie. Więc plecak stał na stoliku na wysokości mojego wzroku bym mogła na niego zerkać. I wtedy podszedł do mnie pewien pan (przepraszam wszystkich, których imion/ksywek nie pamiętam! Jest dwa tygodnie po konwencie, mam prawo zapomnieć. ;-;), który zaczął się "jarać" moimi plakietkami. :P
Serio. :P
Bo "łaaaaa, jakiee faaajne" i pyta czy może sobie ich cyknąć focię. Ja lekko zdziwiona zgadzam się. Jak wiadomo konwenty rządzą się własnymi prawami, więc nie powinno mnie to dziwić. Ale potem podszedł do nas kolejny pan. Jak się okazało, pan organizator, którego kojarzę z MOKu, jak chodziłam tam kiedyś na zajęcia plastyczne. I ku mojemu większemu zdziwieniu on też "jarał się" plakietkami, patrząc czy jest tam taka, od której zaczął organizować Świdkony. I jest, pierwsza na moim łańcuszku. I tak oto pogadaliśmy chwilę, zostałam nazwana "weteranem Świdkonu" i pan organizator skoczył do akredytacji by po chwili wrócić i wręczyć mi z uśmiechem na ustach plakietkę z napisem "gość". Jak się potem dowiedziałam, taką plakietkę miało tylko kilka osób, nie więcej niż 10.
Więc jest feeeeejm.


Zanim przyszła moja koleżanka rozglądałam się jeszcze po sklepikach, czego odmówić sobie nie mogłam. Po prostu uwielbiam oglądać stoiska konwentowe! Zawsze można na nich znalezć coś genialnego. Gadżety konwentowe zawsze są niezwykłe. Spójrzcie chociaż na ten kubek - jest prześwietny! :D


I, jak ja to mówię, sprzedałam duszę na loterii.
A co wygrałam?
Przypinkę!
 Tyle, że nie mam jej zdjęcia. :C
Ale mam dowód na istnienie przypinki!



Więc spędziłam trochę czasu przy stoiskach oglądając te ślicznotki i rozmawiając z różnymi ludzmi. Bo w konwentach właśnie fajne jest to, że możesz podejść do jakiejkolwiek osoby i z nią pogadać, a nie wezmie cię za dziwnego człowieka. Nie to co na ulicy. Na ulicy wszyscy patrzą na ciebie nienawistnym wzrokiem. Tu możesz pogadać z każdym i to jest fajne. :)
Naprawdę.
Tu macie dowód.
(Pozdrawiam panią z pluszowym Poro! Miło się gadało. :) I genialny Poro <3)

Więc pierwszy dzień zleciał na gadaniu z ludzmi i graniu z Zuzą w różne gry "bez prądu". I tu kilka wam pokażę. :)

Jengi raczej nikomu przedstawiać nie muszę, raczej każdy to zna. Ale jeśli nie to:

"Jenga – zręcznościowo-umysłowa gra towarzyska.
Z drewnianej wieży, gracze kolejno usuwają z budowli dowolny klocek poniżej skończonego poziomu i układają go na górze. Przegrywa osoba, która wyciągając klocek, przewróci wieżę.
Gra przeznaczona dla dowolnej liczby osób. Została stworzona przez Leslie Scotta, a opatentowana przez Parker Brothers (Hasbro)."
Źródło: Wikipedia



Ale nie grałyśmy w zwykłą Jengę, urozmaiciłyśmy ją o wyzwania dla przegranych. Pierwsza kara - 10 przysiadów, druga kara - zaśpiewanie piosenki, trzecia kara(moja ulubiona :P) - udawanie kurczaka. Na Zuzy nieszczęście (przepraszam! :V) jestem potworem w Jengę, chyba jeszcze nigdy nie przegrałam. :>
Więc zabawa była przednia, jak to w Jengę.

Następną grą za jaką się zabrałyśmy były Dobble, zwane przeze mnie Dobbleskami.

"W Dobble można grać na klika sposobów. W zasadach można znaleźć pięć mini-gier. Najpopularniejszą jest wersja, w której wszystkie karty rozdaje się graczom, a jedną z kart kładzie na środku stołu. Na dany sygnał gracze patrzą na pierwszą kartę z góry, którą trzymają w ręku i szukają wspólnego symbolu z kartą, która leży na stole. Symbol nazywają głośno i szybko kładą swoją kartę na stole, przykrywając starą kartę. Teraz każdy z graczy musi znaleźć wspólny symbol z nową kartą! Wygrywa ten, kto pierwszy pozbędzie się kart.
Aby utrudnić zabawę symbole na kartach bywają odwrócone i miewają inne rozmiary. Same karty są okrągłe i pełne kolorowych ilustracji roślin, postaci i przedmiotów, a każda z nich jest unikalna i łączy się z innymi kartami jednym i tylko jednym symbolem."
Źródło: REBEL.pl

Gra ta, mimo że bardzo prosta, jest nawet wymagająca (głowa po tym boli!) i bardzo zabawna. W większym gronie osób można się uśmiać. :)


Rozegrałyśmy też kilka partyjek w większym gronie w Jungle Speed. To jedna z najboleśniejszych gier w jakie grałam. :P

"Gra, w której liczy się zręczność, spostrzegawczość i szybkość. Każdy z graczy dostaje karty, których musi się pozbyć podczas gry – aby to zrobić, trzeba w odpowiednim momencie złapać drewniany "totem". Jeśli gracz złapie go w złym momencie, albo w ogóle tego nie zrobi - będzie musiał wziąć karty od swoich przeciwników."
Żródło: REBEL.pl

Brzmi prosto? A nie jest! :D
W Jungle Speedzie dowiadujesz się dopiero, kto jest twoim prawdziwym przyjacielem. :P

Kolejną i ostatnią już na ten dzień grą był Karaluszek Kłamczuszek. Nazwa gry jest przegenialna moim zdaniem. :P

"Szalona gra imprezowa, w której Twoim zadaniem jest oszukanie innych graczy.
W trakcie rozgrywki gracze przekazują między sobą zakryte karty - informując jednocześnie co znajduje się na danej karcie - np. Żaba. Nie muszą jednak mówić prawdy, a osoba, która otrzymała kartę może spróbować zgadywać czy graczy blefuje lub podejrzeć ją i samemu zablefować do następnej osoby (np. z pokerową miną stwierdzając, że to nie Żaba tylko Skorpion).
Wolisz blefować czy zgadywać? Ty wybierasz! Dowiedz się jak dobrymi kłamcami są Twoi znajomi."
Żródło: REBEL.pl

Gra jest prześmieszna, nawet w dwie osoby. :P



Byłyśmy też na panelu o niecodziennych motywach fantastycznych, który był całkiem fajny i, co najważniejsze, przezabawny. :)
Ekipa pozytywnie zakręconych i śmieszne filmiki z motywami fantasy to mieszanka wybuchowa. :)

Więc tak prezentował się pierwszy dzień konwenty. Nie poszłam tego dnia na żadną inną prelekcję czy wykłady, bo po pierwsze nie miałam aż tyle czasu, a po drugie za dobrze bawiłyśmy się z Zuzą. :)
Więc wróciłyśmy do domu dosyć wcześnie, bo chyba po 21.


Drugi dzień rozpoczął się okropną ulewą. Mimo pogody wsiadłam na rower i podjechałam na przystanek autobusowy odebrać moją przyjaciółkę (Sareł <3), którą w końcu udało mi się wyciągnąć z domu. Ten mały hobbit prawie w ogóle nie wychodzi! Chwilę potem doszła do nas Zuza i już we trzy poszłyśmy w okropnym deszczu na konwent. Niestety, nie zauważyłam jak zamokły mi plakietki i dwie z nich trochę się zniszczyły. Rozlały się na nich tak jakby cienkopisy, ale już w domu udało mi się je odratować. :)

A deszcz towarzyszył nam za każdym razem, gdy gdzieś wychodziłyśmy.
Serio.
Chcesz wyjść do sklepu po coś do jedzenia?
Deszcz!
Wracasz na konwent, siadasz przy stoliku i jesz, a tu co?
Słońce razi cię w oczy!
NO KURCZE.

Pierwsze co zrobiłyśmy po przyjściu (oprócz zdjęcia przemoczonych kurtek) to poszłyśmy na panel o superbohaterach. Bo tak. Bo kocham. <3
Były to, według mnie, dwie miło spędzone godzinki na gadaniu o filmach, serialach i komiksach. Dzięki temu, w wolnych chwilach próbuję oglądać Constantina, którego serdecznie wam polecam. :)
Resztę konwentu spędziłyśmy grając w gry. Ponownie Jenga i Dobble oraz coś nowego.

"Stanie na jednej nodze, trzymanie karty na głowie, czy też mówienie z zaciśniętymi zębami to tylko kilka ze straszliwych kar będących konsekwencją ściągnięcia na siebie gniewu Mrocznego Władcy. Nie wychylaj się! Popchnij kumpla, a przy odrobinie szczęścia Mroczny Pan skupi swój gniew na nim.

Kragmortha jest przerażająco zabawną grą planszową dla 2 do 8 osób. Zakradnij się do biblioteki Rigora Mortisa i zobacz, czy uda Ci się położyć łapska na jednej z jego ksiąg. Strzeż się jednak! Mroczny Władca także przechadza się między regałami, szukając komponentów do nowych zaklęć."
Żródło: REBEL.pl


Jeśli mam być szczera to chyba najlepsza gra w jaką grałam! 
Naprawdę!
Uśmiałyśmy się przy tym z dziewczynami jak głupie. :D
Kupa zabawy w dobrym gronie, mnóstwo śmiechu i można się zasiedzieć! 
Serio, miałam wracać po 16 do domu, a wywlekłyśmy się gdzieś koło 20, a do domu trafiłam dopiero po 22. :P

Po jakże zabawnych partiach Kragmorhta poszłyśmy (z kubkami z herbatą :D) okupywać sklepiki konwentowe. I tu nie obyło się bez śmiechów i chichów. 
Zuza, pięknie ci w brodzie wikinga. XD

Sara stała się pełnoprawnym hobbitem z pierścieniem, a ja zostałam Wiedzminem.
Bo tak. 
Bo mogę.
Bo kocham.


Tak jak wspominałam na początku - w tym roku Świdkon odbywał się w szkole, tak jak mój pierwszy Świdkon, na którym byłam. Szczerze, jest to dla mnie sporym minusem. Wolę te konwenty, które odbywają się w MOKu. Dlaczego? Bo wszystko wydaje się tam być bardziej ogarnięte, są udostępniane dwie duże sale kinowe, wszystkie piętra MOKu i hol - cały dla planszówek. Nie wiem, może to kwestia gustu, ale bardziej podobały mi się pod tym względem poprzednie Świdkony.

Więc tak prezentował się w tym roku Świdkon z mojej perspektywy. Nie jest to wielki konwent, zrzesza maksymalnie 300 osób, ale jak dla mnie jest naprawdę fajny. Chodzę co roku od pięciu lat i nie narzekam. :)
Więc i w następnym roku możecie się spodziewać podsumowania ode mnie. :)


4 komentarze :

  1. Potwierdzam, byłam i polecam.
    Pełnoprawny hobbit z pierścieniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzicie! Sama prawda. :p
      No, a jak! :D

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Wybierz się kiedyś, polecam. Niesamowita atmosfera. :)

      Usuń

Niesamowicie cieszą mnie Wasze komentarze, które mogę tu czytać. Więc śmiało, zostaw tu coś od siebie. ;)
Z chęcią odpiszę na każdą wiadomość~! <3

Ale jeśli masz pisać coś w stylu "Super blog, zapraszam do mnie (link)" to lepiej sobie odpuść.
Serio. To nie jest blog do reklamowania się.

Zamknieta w pozytywce © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka