Praga - wakacje 2017 - 2/3

Witajcie kochani~! ^^


Mimo że wakacje już dawno za nami ja nadal mam tu jeszcze zaległe wakacyjne posty. :P
Nie byłabym przecież sobą gdybym nie miała zaległości w postach, prawda?
Więc tak by sobie troszkę powspominać i zapomnieć choć na chwilę o strasznej nauce zapraszam Was na zwiedzanie Pragi ze mną. ^^
Szykujcie się na "kupę" zdjęć. :P
Serio.

Wyjazd z Kudowy-Zdrój - pada, pada, pada...

Początek wyjazdu nie zapowiadał się za świetnie. Od samego rana padało, deszcz lal się strumieniami po szybach samochodu mknącego do Kudowy-Zdrój - miejsca skąd mieliśmy wyjazd. Brak odpowiednich kurtek nie napawał nas optymizmem - miało by przecież ciepło! Na szczęście na miejscu udało nam się kupić pelerynki przeciwdeszczowe! Może nie jest to najpiękniejsze (bo wygląda się jak grzyb), ale przynajmniej działa. Idąc w stronę autokaru udało mi się zobaczyć na niebie niecodzienne zjawisko - mammatusy. Niestety, podczas deszczu mój telefon dostawał kociokwiku, więc nie mam ich zdjęcia. Żałuję, bo były niesamowite. I pierwszy raz w życiu je widziałam.
Ale halo, halo.
Co to są mammatusy?
Wikipedia powie Wam tyle:
"Mammatus (znane też jako zjawisko mamma) – wypukłości znajdujące się w dolnej części chmury, wyglądem przypominające wymiona."
Dla zobrazowania Wam tego posłużę się jakże niezastąpioną Google Grafiką.


Piękne, prawda?
Ale wracając. Lekko mokrzy zapakowaliśmy się do autobusu i pomknęliśmy w drogę. Nie minęło 5 minut, a już byliśmy na granicy. Serio. Nie wiedziałam, że Kudowa jest AŻ TAK blisko granicy.
Ogólnie cała podróż trwała jakieś 3 godzinki. Nawet nie zliczę ile razy jakiś piorun uderzył z taką siłą, że czuło się to siedząc w autobusie. Światła fleszy i małe trzęsienia ziemi.

Początek wycieczki - Praga skąpana w strumieniach deszczu.

Pierwsze co nas w samej Pradze przywitało to oczywiście deszcz. Przyznać muszę, że za przyjemnie to nie było. Deszcz, burza, a my tup tup tup przez Pragę. Dość groteskowo.
Moje "oprowadzanie" Was po Pradze zacznę zdjęciami z poszczególnymi miejscami, które odwiedzałam i niewielkimi przypisami do nich.

Pierwszym punktem zwiedzania był Zamek na Hradczanach, istniejący od najstarszych dziejów Pragi jako siedziba królów czeskich. co ciekawe według księgi rekordów Guinessa jest to największy pod względem zajmowanej powierzchni zamek na świecie. Na drugim zdjęciu zobaczycie dziedziniec Nowego placu królewskiego. Zapytacie co przedstawia pierwsze? Tak wyglądają strażnicy przed zamkiem. Jeśli mam być szczera - w pierwszej chwili myślałam, że ten pan to figura z wosku albo Ken. Serio. Nawet na zdjęciu wygląda jak lalka w pudełku. Dopiero, gdy podeszłam bliżej tego pana i jego towarzysza po drugiej stronie bramy, zorientowałam się, że to żywi ludzie.


Następnym punktem w naszej "deszczowej" wycieczce była Katedra Świętych Wita, Wacława i Wojciecha. Po co komu jeden patron, czyż nie? :P
Jest to główny kościół Pragi, usytuowany na wzgórzu zamkowym Hradczany. Jest jednym z cenniejszych przykładów architektury dojrzałego gotyku i neogotyku w Europie Środkowej. 
Zapomniałam na początku też wspomnieć, że od przewodnika dostaliśmy takie urządzonka i słuchawki, dzięki którym mógł opowiadać nam bez zbędnego krzyczenia i wszyscy mogli go dobrze słyszeć, co idealnie sprawdziło się w katedrze pełnej ludzi.


Dalej przeszliśmy niewielkimi uliczkami (w tym złotą uliczką) i w okolicy winnic by móc podziwiać panoramę deszczowej Pragi. Pech chciał, że wtedy chyba najmocniej padało, a pioruny dość mocno dawały o sobie znać. Więc stanie pod jedynym drzewem na górce to NIE JEST dobry pomysł, pamiętajcie.



Tu już mogę mieć problemy z poprawną kolejnością zwiedzanych miejsc, ale spróbuję określić je jak najpoprawniej. :)
Dalej brnąc uliczkami miasta poszliśmy zobaczyć dwie dość charakterystyczne rzezby Davida Černego  - "Niemowlęta" i "Sikających", pod koniec zwiedzania wspomnę jeszcze o "Koniu".
Pierwsze na naszej trasie będą "Niemowlęta", które miały znajdować się na wieży telewizyjnej Žižkov, a teraz stoją nad Wełtawą na tzw. Kampie. Te "urocze szkraby" są większe od przeciętnego człowieka, trochę przerażające i jak na Černego przystało - kontrowersyjne. Wielkie, nagie bobasy, które miały mieć tyłeczki zamiast twarzyczek. Przeurocze.




Kolejna rzezba to "Sikający". Rzeźba przedstawia dwóch mężczyzn, stojących naprzeciw siebie i oddających mocz do basenu w kształcie granic Czech. Penisy mężczyzn są ruchome, a strumień wody może być kierowany przez osoby oglądające za pomocą SMS-ów. Kto by nie chciał by jego imię zostało wysikane?
Autor pomnika zamierzał w niecodzienny sposób uczcić wejście Czech do Unii Europejskiej. Według Černego oddawanie moczu jest czynnością przyjemną, a podobnie było także z wejściem Czech do Unii Europejskiej - była to czynność miła i przyjemna dla narodu. Uroczo, czyż nie? Ale trzeba przyznać, że pomysłowe.


Przejdzmy dalej i odwiedzmy Most Karola. Jest to most na Wełtawie łączący dzielnice Malá Strana i Staré Město, będący jedną z najsłynniejszych i najczęściej odwiedzanych atrakcji turystycznych miasta.
Ciekawostką jest, że kamień węgielny nowego kamiennego mostu wmurował Karol IV Luksemburski 9 lipca 1357 o godzinie 5:31 rano. Powodem wyboru tej godziny był odpowiedni układ gwiazd (koniunkcja Słońca z Saturnem). Inna wersja mówi o tym, że data odpowiada układowi wszystkich cyfr nieparzystych 1-3-5-7-9-7-5-3-1 (jest ona palindromem – czytana z obydwu stron brzmi tak samo).



I z tego co pamiętam nasza pierwsza część wycieczki kończyła się w momencie pójścia na obiad. Zatem smacznego! Czyli przejdzmy do czeskiego jedzenia.

Przerwa na jedzenie - knedle!

Gdy szliśmy na jedzenie myślałam tylko o jednym - usiąść i wyschnąć. Serio. Jeansy przylepiły mi się na stałe do nóg, włosy miałam potargane i wpadające w oczy, okulary całe w kropelkach wody, a w butach już chyba mieszkały rybki. Ale na szczęście mój humor od razu się poprawił jak tylko trafiliśmy na miejsce. Całą grupą poszliśmy do tradycyjnej restauracji. A co! Trzeba spróbować nowych smaków. Ciekawe było to, że weszliśmy do sali, która była w "piwnicy". Klimat kamienia, drewna, ciosanych stołów i krzeseł, ciepłe światło, kominek. Jednym słowem - przytulnie. I co najważniejsze - ciepło.
Dostaliśmy rozpiskę menu z tradycyjnym jedzonkiem przetłumaczoną na język polski. Nie powiem, miło. Akurat mi w smak wpadła pieczeń wołowa z knedlami i kapustą. Bo powiem Wam szczerze - nigdy knedli nie jadłam, a chciałam spróbować. Tak więc oto stanął przede mną taki talerz. I powiem szczerze - pyszne!


Miałam też okazję spróbować tradycyjnego czeskiego piwa. Tu niestety się nie wypowiem, bo smakoszem alkoholi nie jestem, ba, nawet go nie lubię. Rodzice mówili, że naprawdę dobre, ja jak zwykle się krzywiłam. :')
Ale co?
Spróbowane?
Spróbowane!


Wracamy do chodzenia - w końcu słońce!

Po wyjściu z "piwniczki" naszym oczom ukazał się piękny widok - słońce wyszło! Uwierzcie mi, morale od razu wzrosły, mimo rybek w butach. Już po chwili spaceru spodnie i włosy były suche, a na ulicach pojawiło się więcej ludzi.
Nie pamiętam czy najpierw mieliśmy rejs po Wełtawie czy zwiedzanie Starego Miasta i Rynku Staromiejskiego, ale zaczniemy od tego drugiego.
Rynek Staromiejski to historyczny plac miejski na Starym Mieście.
Znajduje się między placem Wacława i mostem Karola. W okresie letnim rynek jest często przepełniony turystami, co mogliśmy zauważyć spacerując po nim i co widać na zdjęciach. Na rynku znajdują się budynki w wielu stylach architektonicznych, w tym gotycki kościół Najświętszej Marii Panny przed Tynem i barokowy kościół św. Mikołaja.
Charakterystycznym punktem jest też Dom pod Kamiennym dzwonem. Jest to.jeden z najstarszych zabytków gotyckich Pragi. Widać go na którymś ze zdjęć, za nim jest katedra. Na jego rogu wisi właśnie kamienny dzwon.



Rzeczą, która chyba najbardziej zachwyciła mnie na Rynku był zegar astronomiczny Orloj. Zegar składa się z trzech głównych części: astronomicznej - pokazującej położenie ciał niebieskich, kalendarzowej - z medalionami reprezentującymi miesiące i animacyjnej - z ruchomymi figurkami dwunastu apostołów i wyobrażeniami Śmierci, Turka, Marności i Chciwości. O każdej pełnej godzinie między 9.00 - 21.00 pojawiają się w dwóch okienkach rzeźby 12 apostołów. Po obu stronach zegara równocześnie ożywiają postacie Kościotrupa, Turka, Marności i Chciwości. Po ukazaniu się wszystkich apostołów pieje Kogut, a zegar na wieży zaczyna bić. Całość prezentuje się przepięknie. Jestem pod wrażeniem zarówno jego wyglądu, jak i mechaniki czy złożoności konstrukcji.



Następnie przeszliśmy się znowu uliczkami Pragi natrafiając na wystawy co bardziej znanych i ekskluzywnych sklepów jak i zwykłych sklepów z pamiątkami. W pamięć zapadł mi najbardziej gigantyczny Krecik i cudna wystawa jakiegoś sklepu, gdzie na stelażu wydać było statki kosmiczne i astronautów.


Dalej udaliśmy się do dzielnicy żydowskiej, tylko po to by zobaczyć maleńki cmentarz z ogromną ilością grobów. Jest on przy ul. Szerokiej w historycznej dzielnicy Josefov. Dokładna liczba grobów jest nieznana, jednak szacuje się ją na ok. 12 tysięcy. Rozumiecie? 12 tysięcy na maleńkiej powierzchni! Jak?



Jednym z ważniejszych punktów wycieczki miał być również rejs po Wełtawie. Także wróciliśmy się trochę, ale idąc innymi uliczkami aż trafiliśmy na przystań, z której już można było zobaczyć liczne mosty Pragi.
Zostałam przyłapana przez tatę na gadaniu z łabędziami. :P



Co do samego rejsu nie będę dużo mówić. Nasz stateczek miał dwa pokłady - dolny restauracyjny i górny widokowy. Ja ulokowałam się na tym drugim. Rejs trwał jakąś godzinę. Zostawię Was ze zdjęciami. :)
(jeśli będą nie po kolei to wybaczcie, walka z Bloggerem jest dość ciężka, a zdjęcia nieposłuszne)



Po zejściu na suchy ląd kontynuowaliśmy nasz spacer. Wycieczka powoli dobiegała końca, bo około 21:00 mieliśmy wyjeżdżać, a była już 19:30. Skierowaliśmy się do miejsca, gdzie można kupić pamiątki. Bo co to za wycieczka bez pamiątek, prawda? Ja jak zawsze nakupiłam pocztówek, pięknie malowany dzwonek z widokiem na Pragę, zakładkę do książki z bramą z Mostu Karola i zabawne magnesy-kapsle. Nie mogło zabraknąć też przepysznych kołaczy z cynamonem, których jestem ogromną fanką. I musiałam zrobić zdjęcie tym czapkom, no musiałam. ;')


Kontynuowaliśmy nasz już wieczorny spacer zmierzając w stronę Muzeum Narodowego i Pałacu Lucerny. I tu wracamy do ciekawych rzezb Cernego, bo właśnie w Pałacu Lucerny znajduje się wspomniany wcześniej przeze mnie "Koń". Zdjęcie muszę niestety zapożyczyć z Wikipedii, bo moje wyszło naprawdę słabo. Rzeźba jest nawiązaniem do zlokalizowanego w pobliżu konnego pomnika patrona Czech – św. Wacława. Rzeźba Černego różni się tym, że koń św. Wacława jest zdechły i zwisa ze sklepienia brzuchem do góry, a święty siedzi okrakiem na jego brzuchu. Trzeba przyznać - Cerny to ma jednak pomysły.


Spacer i jednocześnie całe zwiedzanie wieńczy przejście przez Dworzec Główny, spod którego mieliśmy odjechać. Spójrzcie tylko na fragment tej kopuły. Czyż nie jest piękna?


A więc to już koniec tego posta. Dziękuję wszystkim, którzy dotrwali do tego momentu. Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was za bardzo. :P
Ale stwierdziłam, że skoro miałam wrzucić te letnie posty to jeszcze je wrzucę. Miło wspomina się wakacje, zwłaszcza wtedy, gdy wie się, że tego czasu jest teraz tak mało. Że nie można pozwolić sobie na odpoczynek. A taki bierny spacer też dobrze robi. :)
Do zobaczenia w kolejnym poście!

~* *~

Zdjęcia wykonane są przeze mnie i mojego tatę.
Prosiłabym o nie kopiowanie.

~* *~
Czytaj dalej...
Zamknieta w pozytywce © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka