Wycieczka nad Solinę 2/2


Witajcie mordeczki~! ^^

Tak jak obiecałam wczoraj, dzisiaj pojawia się druga część moich solińskich podbojów. :P

Trzeci dzień rozpoczął się od pobudki o 7:00. Mimo wielkiego niechciejstwa musiałyśmy zwlec się z cieplutkich łóżeczek i iść się ogarnąć by wyglądać bardziej jak ludzie, a nie zombie. W pośpiechu zjadłyśmy śniadanie i udałyśmy się do naszego pięknego powozu miłości (czyt. autokaru). Droga na miejsce naszej kolejnej (niestety) pieszej wycieczki zajęła około godzinkę.
I tak zaczęła się droga przez mękę.
Ponad dwugodzinna wspinaczka na Tarnicę.
Ciągnęłam się na samym końcu grupy, tylko dlatego,  że nie chciało mi się biec jak dzika nie wiadomo po co na sam szczyt, wolałam iść sobie spokojnie, nóżka za nóżką i podziwiać widoczki. 
A było co podziwiać, uwierzcie mi.
Droga była miejscami stroma, a miejscami prawie płaska. Trasa z tego co pamiętam miała oznaczenie żółte.

Chodzenie pod górkę nie jest moim ulubionym zajęciem, ale gdy w końcu o 13:10 weszłam na Tarnicę byłam z siebie zadowolona. Widok jaki rozpościerał się z góry był niesamowity. Myślałam czy nie opisać go w jednym z moich opowiadań, o tak, dla upamiętnienia. Tak, jestem sentymentalnym człowiekiem. Lubię umieszczać swoje wspomnienia w miejscach, gdzie tylko ja wiem o co chodzi.

Wracając do moich wywodów.
Na Tarnicy spędziliśmy może z pół godziny, czekając na resztę grupy, która poszła pod sam krzyż na szczycie góry. Wystarczająco dużo czasu by poleżeć na ławce i posłuchać mojego tradycyjnego już "Bleeding Out" Imagine Dragons.
Zawsze puszczam sobie tę piosenkę w takich miejscach. Tą lub "Demons".
Nie wiem czemu, nie pytajcie. :P

Droga powrotna zajęła nam dobrze ponad 2,5h, przez szczyty górskie, polany i lasy. Nie wiem jak inni, ale ja tyle szłam. A szłam jak zwykle na samym, samiutkim końcu. W pewnym momencie przez około 20 minut przemierzałam las sama. Słuchając muzyki i sobie podśpiewując. Więc jeśli ktokolwiek to słyszał to przepraszam~~~. Ale w końcu znalazłam inną zgubioną duszyczkę, która była jedną z wychowawczyń i razem dreptałyśmy, czekając tylko na koniec tej wędrówki. Bo wbrew pozorom to schodząc z gór nogi bolą bardziej niż wchodząc na nie. Już pod sam koniec naszej męki spotkałyśmy spacerującego sobie wesoło kota. Bo ja zawsze mam szczęście do tych puchatych, mruczących kulek. Został przeze mnie porządnie wymiziany i przytulony, bo tak postępuje się przecież ze znalezionymi kotami.
Na szczęście mniej niż 100 metrów dalej czekała na nas reszta wycieczki. Moje koleżanki zrobiły najlepszą rzecz jaką można zrobić po długiej, męczącej wyprawie w góry w pełnym słońcu - kupiły lody. I siedziałyśmy tak na krawężniku, w słońcu, z paczką lodów i patyczkami.
Ten męczący dzień skończył się ogniskiem klasowym, kupą śmiechu, oglądaniem  "Matrix: Reaktywacja" i mianowaniem mojej znajomej wampirem herbacianym. Bo nasza mhroczna rodzinka się rozrasta.


Następny dzień, ostatni już, rozpoczął się pakowaniem walizek. Czasu mieliśmy niewiele, bo tylko 40 minut, ale udało nam się wyrobić. Niestety przewodnikowi zamarzyło się byśmy poszli jeszcze w góry. I, o zgrozo, moje biedne nogi, poszliśmy w góry. Na szczęście wycieczka trwała tylko godzinę w jedną stronę. O tyle dobrze, że trasa była prosta i prawie płaska. Bo myślałam, że ktoś zginie za te góry i ból moich kończyn. Szczęśliwie dla przewodnika, widoki były ładne, a nogi mi nie odpadły. Po godzince doszliśmy na tzw. Sine Wiry czy jakoś tak. Taka rzeczka z małymi spadkami wody, dużą ilością kamieni i szklistą taflą. Słuchając muzyki przesiedziałam tam dobre 20 minut co było upragnioną ulgą nie tylko dla mnie.
Następnym punktem naszej wycieczki było zwiedzanie kompleksu zamkowo-ogrodowego w Krasiczynie. Jest to zamek wybudowany w stylu renesansowo-manierystycznym, pierwotnie zbudowany na przełomie XVI i XVII w. Charakterystyczne dla niego są 4 odmienne wieże narożne: 

  • Boska, z kopułą na szczycie; mieściła kaplicę
  • Papieska, zwieńczona attyką, będącą kopią papieskiej korony Klemensa VIII; znajdowały się w niej pokoje gościnne przeznaczone dla wysokich dostojników kościelnych
  • Królewska, z sześcioma małymi narożnymi wieżyczkami; mieściły się w niej apartamenty królewskie
  • Szlachecka, zwieńczona koroną, która jest kopią korony króla Zygmunta III Wazy
Zewnętrzne i wewnętrzne ściany zamku pokrywa dekoracja sgraffitowa, w sumie zajmująca dużą powierzchnię – 7000 m².


To pierwsze miejsce na wycieczce, w którym zaopatrzyłam się w jakiekolwiek pamiątki. Kupiłam sobie 3 ładne pocztówki i monetę ozdobną. Zbieram takie złote krążki i mam ich dosyć sporo, więc i ta dołączy do mojej kolekcji. 



Następnym punktem naszej wycieczki były Rajskie Ogrody gdzieś koło Przemyśla. Ku naszemu niezadowoleniu mieliśmy TYLKO 30 minut na zobaczenie ich. W tak krótkim czasie nie da się prawie nic zobaczyć. Więc w ekspresowym tempie przemierzałyśmy ogrody by zobaczyć jak najwięcej.
I dostałam bzika na punkcie czosnku. --->
Nie wiem czemu. 
Czosnek jest zajefajny. 
Czosnkowe kulki takie ładne. 
Czosnek górą.
A wampiry podobno boją się czosnku.





A tu kolejna fajna roślinka, którą się zachwycam.
Z tabliczki koło niej wynika, że to:
"Ericaceae
Andromeda polifolia "Blue Ice"
Modrzewica pospolita"
Chyba nie taka pospolita, nigdy jej nie widziałam. 
Ale wygląda genialnie.

Podczas chodzenia (właściwie to prawie biegania) po ogrodach natknęłam się na automat z monetami. Takimi jakie zbieram, więc znowu zainwestowałam w złoty krążek. Zasili moją kolekcję. ;)






Ostatnim przystankiem wycieczki była restauracja "Kresowy Dwór", w której zjedliśmy obiad/kolację.
Ja zamówiłam coś czego nigdy w życiu nie jadłam, tzw. kresowiak z barszczem. Jest to bułka (?) z kaszą i ziemniakami, odpowiednio przyprawiona i ciepła.
Przyznam szczerze, że było to całkiem dobrze, mimo że z początku byłam nastawiona do tej potrawy sceptycznie.
Więc to ostatnie wydarzenie z wycieczki warte odnotowania. Teraz wiecie jak spędziłam te cztery dni, kiedy mnie nie było. ;)
Może wstawię jeszcze jakieś zdjęcia z wycieczki, bo mam ich całkiem sporo (203). Nie wiem, zobaczę. ;P
A teraz żegnam się z wami, do następnego postu!


Gruby kot z restauracji. --->


<--- Fajny zegar. :P



6 komentarzy :

  1. Z tego wszystkiego wynika że na wycieczce najlepsze były koteły :v

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No a coś Ty myślała? Że góry? :v

      Usuń
  2. Ciągnie swój do swego, więc do Ciebie przychodzą koty :Z
    Też zbieram takie monety! (co prawda, mam.tylko jedną, ale ciii, to dopiero początek)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja to mam szczęście do kotełów. Ludzie znajdują guziki, pieniądze czy jakieś drobnostki, a ja? KOTY.
      Ambitnie. :P
      No, ja mam TROCHĘ więcej. Koło 20 już na pewno będzie. :P
      Trzeba było mówić wcześniej, kupiłabym ci. <3

      Usuń
    2. Następnego znalezionego oddaj, mało mi.
      No to Ci mówię xDD

      Usuń
    3. Hobbicie, ile ty tych kotów już miałaś? XD
      Okej. XD

      Usuń

Niesamowicie cieszą mnie Wasze komentarze, które mogę tu czytać. Więc śmiało, zostaw tu coś od siebie. ;)
Z chęcią odpiszę na każdą wiadomość~! <3

Ale jeśli masz pisać coś w stylu "Super blog, zapraszam do mnie (link)" to lepiej sobie odpuść.
Serio. To nie jest blog do reklamowania się.

Zamknieta w pozytywce © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka